Choroby

Artykuły

Opieka psychiatryczna w Wielkiej Brytanii


Opieka psychiatryczna w Wielkiej Brytanii

Zachorowałam w Polsce na schizofrenię paranoidalną  w wieku 27 lat i leczyłam się w kraju przez 4 lata. W 2015 roku wyjechałam do Wielkiej Brytanii, gdzie zarejestrowałam się u lekarza ogólnego, tzw. GP ( General Practitioner ). Pod koniec października 2015 roku miałam kryzys i kolejny atak choroby, z powodu bezmyślnie samowolnie odstawionych leków. Wędrowałam środkiem dwupasmówki odmawiając różaniec. Policja wezwana przez zaniepokojonych kierowców zabrała mnie do szpitala psychiatrycznego. Mówiłam im w radiowozie , że wyglądają jak demony. W szpitalu dwóch niezależnych lekarzy rozmawiało ze mną i obaj stwierdzili, że mam problemy i zdecydowali, że zostanę na obserwacji. Umieszczono mnie wtedy na tzw. sekcji 2 ( obserwacja do 28 dni). W systemie elektronicznym sprawdzono, gdzie i że jestem zarejestrowana u lekarza ogólnego i że tym samym przysługuje mi opieka psychiatryczna. Po upływie wyznaczonego terminu hospitalizacji przypisano mi sekcję 3 ( stwierdzenie występowania zaburzeń psychicznych i konieczności dalszej hospitalizacji do pół roku, zakaz opuszczania szpitala bez zgody odpowiedzialnego lekarza). Za każdym razem informacje o prawach pacjenta i  „zasekcjonowaniu” otrzymywałam na piśmie. Poinformowano mnie również o tzw. IMHA ( Independent Mental Health Advocates) . Są to osoby niezależne od szpitala, w którym byłam leczona, pomagające zrozumieć pacjentowi jego prawa i przebieg leczenia, dające wsparcie przy odwoływaniu się od sekcji i udzielając porad i wyjaśnień z nią związanych. Nie skorzystałam z ich pomocy. W notatce otrzymanej kilkustronicowej wyjaśniono też procedurę odwoływania się od sekcji w ramach szpitala ( mogłam to zrobić ja lub krewni). Poinformowano mnie także o bezpłatnych adwokatach, do których można zwrócić się o pomoc. Nie skorzystałam, bo źle się czułam i potrzebowałam opieki, a w szpitalu było sympatycznie i przyjemnie , miły personel który często ze mną rozmawiał i się troszczył  (jeden lekarz nawet napisał do mnie list)  i pyszne jedzenie. Pokoje były albo pojedyncze, albo 4 osobowe, ale każde łóżko i szafa oddzielone kotarą . Na oddziale dostępny tez był internet ( jeden komputer na korytarzu i 2 w jadalni ), oraz osobna sala telewizyjna z dużym kolorowym telewizorem i odtwarzaczem DVD . Personel oferował filmy do obejrzenia. Każdy dzień rozpoczynał się śniadaniem, lekami i spotkaniem społeczności ( dobrowolny udział ), gdzie panowało się wspólnie aktywności na dany dzień. Oddział wyposażony był także w tzw. Courtyard czyli małe podwórko, na które można było wychodzić palić papierosy lub odetchnąć świeżym powietrzem. Zawsze dwie osoby z personelu z nami szły, jedna towarzyszyła na podwórku oferując zapalniczkę, a druga siedziała przy drzwiach i wpuszczała nowe osoby. Szpital miał wśród personelu także osoby polskojęzyczne oraz oferował tłumaczy, jeśli by się chciało skorzystać. W szpitalu, po rozmowie telefonicznej i emailowej z moimi rodzicami i po rozmowie ze mną dowiedzieli się o diagnozie schizofrenii z Polski i taką diagnozę potwierdzono. Leczenie rozpoczęto od leku, który wcześniej zażywałam, i który przed kryzysem działał, czyli Abilify. Z biegiem czasu jednak lek nie działał w kryzysie, wiec lekarze podawali mi inne leki ( za każdym razem otrzymywałam ulotkę o leku wydrukowaną, po polsku lub angielsku, zależy jak wolałam ). Za każdym razem, gdy rodzice dzwonili pytać o mój stan zdrowia, pytano mnie czy wyrażam zgodę na ich informowanie. Ponieważ  byłam „zasekcjonowana”, przysługuje mi tzw. aftercare czyli opieka po szpitalu. Gdy poczułam się lepiej, lekarze rozpoczęli procedurę pomagania mi w staraniu się o zasiłek chorobowy i w szukaniu mieszkania. Opłacili też mi hotel ze śniadaniem na 4 tygodnie po wyjściu ze szpitala. Po wyjściu ze szpitala całodobowego zapisano mnie do szpitala dziennego i grupy kryzysowej. W szpitalu dziennym oferowano darmowa zupę i kanapki, oraz różne zajęcia manualne i grupy dyskusyjne.

1 2 3